Karolina Startek: To wspaniałe uczucie maszerować z flagą

Karolina Startek: To wspaniałe uczucie maszerować z flagą

Mistrzostwa Świata Mikstów już dawno za nami. Złoto zdobyła drużyna Szkocji, srebrny medal przypadł Kanadzie, a z brązu cieszyli się Czesi. Polskę reprezentowała ekipa w składzie: Karolina Startek, Kasper Knebloch, Adela Walczak, Andrzej Augustyniak. Dla naszego klubu były to wyjątkowe mistrzostwa, bo pierwszy raz zawodnik KKC uczestniczył w tak ważnej światowej imprezie.
Jak wyglądały te mistrzostwa z perspektywy Karoliny? Zapraszamy do przeczytania wywiadu, w którym znajdziecie odpowiedź na to pytanie!

Redakcja: W swoim debiucie na Mistrzostwach Świata zajęłaś dziewiąte miejsce. Dlatego najpierw przede wszystkim przyjmij od nas gratulacje za ten wspaniały wynik! Twój występ, to także pierwszy raz, gdy zawodnik KKC startuje w zawodach tej rangi. Jaka atmosfera panuje na takim turnieju, czy odczuwałaś na miejscu rangę tego wydarzenia?

Karolina Startek: Atmosfera na mistrzostwach jest niesamowita. Jednym z pierwszych obowiązkowych punktów jest team meeting, czyli spotkanie wszystkich drużyn z organizatorami i obsługą, gdzie ma miejsce powitanie i objaśniane są ogólne zasady. Rozglądając się dookoła dotarło do mnie, że znajduję się w centrum ważnego wydarzenia, wśród curlerów z różnych zakątków świata. Kolejny emocjonujący moment pierwszego dnia to ceremonia otwarcia i prezentacja krajów. To wspaniałe uczucie maszerować z flagą i niesamowita przyjemność i duma z bycia reprezentantką Polski.

Generalnie jest trochę bardziej restrykcyjnie, do szatni można wejść tylko z identyfikatorem, należy pamiętać o wszystkich zasadach i formalnościach w zachowaniu przed i na lodzie. Ale znalazłszy się już na torze, zaczyna się gra i już cała koncentracja spoczywa na zagraniach. Zawodnicy i ekipa, jak to wśród curlerów, zawsze sympatyczni i pomocni.

Taka atmosfera bardzo mi odpowiada, więc czułam się w tym środowisku bardzo dobrze. Pewnie to też zasługa samego Champery, małej malowniczej miejscowości na stoku gór, z przepięknymi widokami dookoła, gdzie wszyscy pozdrawiają się na ulicy. Obiekt sportowy też nie był szalonych rozmiarów, więc wszystko razem nie przytłaczało, a wręcz sprawiało całkiem przytulne wrażenie.

R:W swojej stałej drużynie grasz jako skip. Jak odnalazłaś się na pozycji leada i przy szczotkowaniu? 

KS: Zaczynałam swoja przygodę z curlingiem jako lead w swojej pierwszej drużynie, która też była  mikstowa (KKC Zero7). Wprawdzie to był jeden sezon i to parę lat wstecz, ale nie jest mi to pozycja zupełnie obca. Zdarza mi się też od czasu do czasu towarzysko zagrać w „skrzykniętym” składzie, gdzie często rotują pozycje i cenię też takie turnieje.
Najtrudniej było mi się odnaleźć nie tyle nawet w szczotkowaniu, co w ocenie kamieni. Tu rzeczywiście „opatrzenie” w zachowaniu i prędkości kamienia jest bardzo ważne. Kolejna rzecz, przyzwyczajenie skipa-czwórki, nad którym musiałam zapanować to pre-shot routine. W mierzonym meczu każdy zawodnik musi grać szybko, by zostawić komfortowy czas na przygotowanie do zagrania czwartemu zawodnikowi, więc musiałam przykrócić pocieranie nosa itp. :)

R: Który mecz był dla was najtrudniejszy?

KS: Mieliśmy dość ciężką grupę, więc wyjście z niej do dalszej fazy było naszym celem (Holandia, Kanada, Australia, Anglia, Niemcy, Turcja). Kanada w zasadzie poza naszym zasięgiem, jedyny mecz w którym cicho liczyliśmy na wygraną to Holandia. Pozostałe kraje – wiedzieliśmy, że te mecze będą bardzo ciężkie i musimy mocno walczyć o wygraną.

Najtrudniejszy okazał się mecz z Niemcami, utytułowaną skip z wielkim doświadczeniem. Być może przez świadomość, że wygrywając z nimi mamy zapewniony awans, a przegrywając będziemy musieli stoczyć ciężki bój z Turcją. Dla przeciwnika to była także gra o wyjście z grupy. Mecz miał dramatyczny przebieg, po 3 endach przegrywaliśmy 0:4. W obu drużynach dało się wyczuć nerwową atmosferę, która się przekładała na przeplatankę słabych i świetnych zagrań. W czwartym endzie zdołaliśmy zapunktować za 5 i zejść na przerwę z bliskim wynikiem. Druga połowa meczu nie była spokojniejsza, choć już z mniejszymi zdobyczami punktowymi. Wynik meczu rozstrzygnął się dopiero w extra endzie, który zagraliśmy bardzo dobrze. Szczęśliwi, ale zmęczeni psychicznie udaliśmy się na krotki odpoczynek, bo tego wieczoru czekał nas jeszcze mecz z Turcją.

R: W meczach z Kanadą to przeciwnik był uznawany za faworyta, niemniej oba spotkania były zacięte. Czy w obu meczach graliście z taką sama strategią czy po pierwszym spotkaniu zmieniliście coś w swoim podejściu taktycznym do drugiego meczu?

KS: W pierwszym meczu nie znaliśmy przeciwnika, ani przeciwnik nas. Było dla nas oczywiste, że w potyczce z Kanadą trudno liczyć na zwycięstwo. Wiedzieliśmy też, że w fazie grupowej możemy sobie pozwolić na tę przegraną, natomiast nie zamierzaliśmy spisywać meczu na straty i po prostu zagrać możliwie najlepiej. W początkowej fazie turnieju wszyscy jeszcze zapoznają się z lodem, więc wierzyliśmy w swoją szansę i wyszliśmy zmobilizowani na lód. Wynik był bliski i były okazje na więcej punktów, jednak większa pewność i powtarzalność w zagraniach przeciwnika przyniosła im zwycięstwo.

Drugi raz spotkaliśmy się na etapie 1/8, gdzie przegrana eliminuje z turnieju. Zmierzyliśmy się z tą samą drużyną, ale jakby już z inną jakością. Naocznie przekonaliśmy się, jaka jest różnica między profesjonalnym przygotowaniem i prowadzeniem drużyny, która z każdym meczem rośnie w siłę, a curlingiem „made in Poland”. Strategię naszą mogę określić w skrócie jako „grać prosty curling i liczyć na okazję”, a Kanady „grać prosty curling i czekać na błędy przeciwnika”. Efekt był taki, że my nie doczekaliśmy się okazji, a Kanada doczekała się błędów :) Zdobywszy już na początku dwa punkty zawodnicy z Północnego Ontario, grali bardzo defensywnie i nie pozwolili nam na odrobienie strat.

Niezależnie od wyników meczy, gra przeciw Kanadzie to czysta przyjemność. Biorąc pod uwagę, że mieli najliczniejszą i najgłośniejszą grupę kibiców, którzy – jak na kraj o długoletniej kulturze curlingowej przystało, nagradzali gromkimi brawami i okrzykami (a także odgłosem muła –  wydobywanym ze spreparowanego na okazję plastikowego pudełka i sznurka) zagrania nie tylko kanadyjskie, ale i nasze. To niesamowite przeżycie.

R: Rozegraliście w sumie 7 meczów w ciągu 7 dni. Jak bardzo wymagający kondycyjne jest udział w takich zawodach?

KS: To ważne, by przed turniejem poświęcić dodatkowy czas na przygotowanie fizyczne, zwłaszcza dla front endu. Grać średnio jeden mecz dziennie, to bardzo dobry układ. Jest czas na to by odpocząć i zregenerować siły. Lekkie przesilenie przyszło ok 5 dnia, niefortunnie o tyle, że mieliśmy wtedy w planie dnia dwa mecze, w tym jeden w wieczornej kolejce (wszystkie poprzednie rozgrywaliśmy rano lub w południe). I tak na meczu przeciw Turcji zaliczyliśmy zniżkę formy.

R: Na co dzień grasz w żeńskiej drużynie KKC First Aid. Występ na MŚ mikstów to była więc dla Ciebie także możliwość wymiany doświadczeń z czołowymi polskim zawodnikami z innych klubów curlingowych z którymi występowałaś w reprezentacji Polski. Czy doświadczenia zdobyte w Szwajcarii będą miały wpływ na wasze plany szkoleniowe w drużynie KKC?

KS: Z pewnością. Gra z utytułowanymi zawodnikami z Polski, a także zdobywanie doświadczenia na międzynarodowym poziomie to świetny punkt odniesienia, żeby zrewidować własną pozycję i nabrać szerszej perspektywy.

R: Po tak udanym występie jakie cele stawiasz sobie na kolejne miesiące i występy?

KS: Niezmiennie od lat, ćwiczyć. Przede mną cały czas masa nauki i sporo rzeczy do poprawy, zatem zarówno indywidualnie, jak i drużynowo, stawiamy na ulepszanie gry.

Dziękujemy za rozmowę i gratulujemy raz jeszcze!

O autorze

Magdalena Wróbel - Komisja ds.PR i Marketingu - Krakowski Klub Curlingowy